Pewnym zarzutem wobec wielu, nawet wybitnych filozofów, jest to, że często głosili tezy niewystarczająco udowodnione, bądź przeprowadzali dowód błędny, choć czasem nawet bardzo pomysłowy i urzekający swoją formą. Za przykład może tu posłużyć słynny „dowód” ontologiczny św. Anzelma. Należy mieć oczywiście świadomość, że przedstawianie „dowodów” takiego typu nie jest cechą jedynie filozofów twierdzących, że Bóg istnieje. Jest rzeczą oczywistą, że posiadanie przekonującego dowodu w filozofii nie jest rzeczą łatwą. Wielu uważa to nawet za rzecz niemożliwą i popada w sceptycyzm. W każdym razie elegancki i przekonujący każdego myśliciela do jakiejś interesującej tezy dowód to rzecz w filozofii rzadka.
Czym jest dowód? Przeprowadzenie dowodu polega na zastosowaniu pewnej skończonej ilości operacji, o których z góry wiemy, że są niezmiennicze ze względu na prawdziwość rozpatrywanych zdań. Operacja przekształcająca wyjściowe zdania z1, z2, ..., zn w zdanie wynikowe y jest niezmiennicza ze względu na prawdziwość, jeżeli zdanie y jest prawdziwe zawsze wtedy, gdy zdania z1, z2, ..., zn są prawdziwe. Widać, że aby przeprowadzić dowód musimy przyjąć pewne zdania jako prawdziwe na początku, nazywa się je aksjomatami, oraz zgodzić się na to które operacje na zdaniach są niezmiennicze ze względu na prawdziwość, operacje te nazywa się regułami dowodzenia. Cała siła współczesnej matematyki polega na tym, że wielu ludzi (matematyków) zgodziła się na pewne aksjomaty (zwykle są to aksjomaty teorii mnogośći) i pewne reguły dowodzenia. Gdy jeden matematyk chce przekonać drugiego do swojej tezy prezentuje mu dowód, czyli sposób jak za pomocą reguł dowodzenia przekształcić aksjomaty w jego tezę. W praktyce matematycy zwykle przekonują się, że taki dowód może istnieć - co wymaga osobnego komentarza filozoficznego. Prawdziwość tezy nie jest więc nigdy większa niż prawdziwość aksjomatów i sądu, że użyte operacje są niezmiennicze ze względu na prawdziwość.
Z tego opisu widać wyraźnie, że dowód nie jest tym co może przekonać filozofa do prawdy. Może on jedynie pokazać filozofowi do prawdziwości jakich aksjomtów i do niezmienniczości ze względu na prawdziwość jakich operacji sprowadza się jego teza. Oczywiście można dalej konstruować dowody, które na przykład pokazują, że dana operacja jest niezmiennicza ze względu na prawdziwość, jednak i takie dowody będą wymagały uznania pewnych innych aksjomatów i operacji. W którymś miejscu filozof musi po prostu uznać jakieś zdania za prawdziwe, według swojego głębokiego przekonania (Co to takiego? Czynnik alpha?) i już ich nie dowodzić.
Być może pojęcie dowodu, które zdefiniowałem powyżej należy opatrzyć określnikiem „logiczny”. Wyróżniałoby go to od dowodu w innym możliwym sensie. Przez dowód można by ogólnie rozumieć wszelki proces dochodzenia do prawdy. Taka definicja napotyka jednak pewne trudności. Oczywiście to co mamy na myśli, to jakiś wysiłek filozofia, kontemplacja rzeczywistości, w celu ustanowienia pryncypiów. Załóżmy jednak, że jest możliwa operacja chirurgiczna, która przeprowadzona na mózgu filozofa powoduje uznanie przez niego pewnego sądu - skąd innąd prawdziwego, czyli np. inny filozof wie nieomylnie, że sąd ten jest prawdziwy. Czy taka operacja byłaby procesem dochodzenia do prawdy? Czy byłaby dowodem?
Należy zastanowić się, czy filozof chce przekonywać się o prawdziwości zdań, czy sądów. Uważam, że istotą poznania są sądy, a nie zdania - choć zdania są bardzo istotną formą komunikowania sądów. Czym jednak jest sąd, jeżeli nie jest tożsamy ze zdaniem? Mogę go określić jako istniejący w danym momencie element świata wewnętrznego (nie umiem precyzyjnie opisać, czym on dokładnie jest) powiązany z konkretną konfiguracją jakiś elementów rzeczywistości, w ten sposób, że gdy konfiguracja taka pojawia się w rzeczywistości, mam poczucie prawdziwości tego elementu (sądu), czyli jakiejś jego zgodności z rzeczywistością. Niektórzy myśliciele, zwolennicy utożsamiania zdań i sądów mogliby postawić tezę, że właśnie takimi elementami są zdania. Pojawiają się w świecie wewnętrznym, odpowiadają pewnej określonej konfiguracji danych elementów rzeczywistości i pojawia się poczucie prawdziwości zdania, gdy w rzeczywistości pojawiają się te elementy właśnie w takiej konfiguracji. Jednak jeżeli tak jest, to jak wytłumaczyć fakt, że nie raz bardzo długo poszukuję odpowiedniego zdania, aby wyrazić to co właśnie myślę, dokonuję często wielu prób i zwykle nie jestem usatysfakcjonowany zdaniem, które zbudowałem. Wygląda to na proces w którym zdanie jest nieustannie z czymś konfrontowane. To coś to, według mnie, właśnie „sąd” - bliżej nieokreślony element świata wewnętrznego, który stanowi źródło-natchnienie do produkcji prawdziwych zdań o rzeczywistości. Dla neurofizjologa, wyznawcy istnienia świata zewnętrznego sprawa jest względnie prosta. Sąd jest pewną określoną konfiguracją połączeń neuronowych. Powstaje on jako reakcja sieci neuronowej na bodźce napływające do niej ze świata i wcale nie musi być to układ połączeń reprezentujący w naszej korze mózgowej jakieś konkretne zdanie w języku naturalnym. Sieć neuronowa ma bowiem różne sposoby podsumowywania informacji o bodźcach płynących z zewnątrz - np. jednostajność rzeczywistości, czyli mówiąc oględnie to, że w tych samych warunkach otrzymujemy te same wyniki doświadczeń, będzie czymś co zostanie jakoś zauważone przez sieć neuronową i „zapisane” w postaci pewnej konfiguracji połączeń neuronowych jako podsumowanie wielu zespołów bodźców, które napływały do sieci neuronowej. Sieć neuronowa, która ubiera w słowa sąd o jednostajności rzeczywistości dokonuje najpewniej samoanalizy własnej struktury. To właśnie ten układ połączeń neuronowych jest dla niej źródłem-natchnieniem do produkcji zdania „Rzeczywistość jest jednostajna”. Dla mnie jednak neurofizjologiczny sposób patrzenia jest wtórny, choć oczywiście bardzo użyteczny - głównie z tego powodu, że z punktu widzenia informatyki struktury informatyczne o których mówią introlog i neurobiolog specjalista od sieci neuronowych są bardzo zbliżone. Tym jednak czego doświadczam bezpośrednio jest „tajemniczy” sąd w moim świecie wewnętrznym, a nie cała wiedza neurofizjologiczna, której streszczenie zawiera się w kilku książkach stojących na mojej półce, potrzebna mi do zrozumienia opisu sądu podanego przez hipotetycznego neurobiologa. On jest dla mnie podstawą do tych rozważań, a nie wskazania jakiś przyrządów podłączonych do mózgu, choć neurofizjologicznego ujęcia używam dla lepszego zilustrowania i prawidłowego zrozumienia mojego podejścia.
Jako „introlog” napotykam zupełnie inny problem związany z definicją sądu. Powyżej określiłem sąd jako „istniejący w danym momencie element świata wewnętrznego powiązany z konkretną konfiguracją jakiś elementów rzeczywistości, w ten sposób, że gdy konfiguracja taka pojawia się w rzeczywistości, mam poczucie prawdziwości tego elementu (sądu)”. Co właściwie rozumiem przez rzeczywistość? Czy rzeczywistość to dla mnie świat wewnętrzny? Gdybym ustalił to właśnie w ten sposób, zdania typu „Istnieją światy wewnętrzne innych osób” nie mogłyby być odpowiednikami żadnych sądów. Nie mam bowiem koncepcji, przynajmniej na razie, z jaką konkretną konfiguracją elementów świata wewnętrznego sąd ten mógłby być powiązany? Nie chce na tym etapie rozważań tak ograniczyć zakresu znaczeniowego pojęcia „sąd”. Rzeczywistość oznacza dla mnie niezmiennie wszystko to, co istnieje. A istnieje wszystko to, czego założenie nieistnienia prowadzi do sprzeczności z tym czego doświadczam - o ewentualnych innych istnieniach(?) nigdy nie będę mógł się dowiedzieć „na pewno”. Nie wykluczam, że może istnieć coś poza światem wewnętrznym i jednocześnie przyznaje, że na tym etapie rozważań nie jestem w stanie uzasadnić istnienia żadnego takiego elementu.
Teraz gdy dokonałem rozróżnienia na sądy i zdania, można zobaczyć, że dowód logiczny, opisany w drugim paragrafie polega na dokonywaniu operacji na zdaniach, zupełnie ignorując sądy za nimi stojące. Oczywiście samo to nie odbiera mu praktycznego znaczenia. Jednak trzeba mieć na uwadze, że dowód logiczny to tylko gra na symbolach. Być może filozof przekonując się do prawdziwości jakiegoś sądu dokonuje operacji niezmienniczych ze względu na prawdziwość bezpośrednio na sądach. Nazwałbym to „dowodem wewnętrznym”. Potem dopiero stara się zapisać go jako dowód logiczny. Czy jest to najlepszy sposób przekazania „dowodu wewnętrznego”? Może lepiej zalecić serię gimnastycznych ćwiczeń, które wprawią umysł w stan gotowości do przeprowadzenia „dowodu wewnętrznego” zupełnie samodzielnie?
Michał Stanisław Wójcik, 4 maja 2008