Strona Główna Świat wewnętrzny v. świat zewnętrzny
www.niezalezna.info

Wprowadzenie do poznania istnienia Boga

Wstęp

Poniżej postaram się zapisać drogę dojścia do istnienia Boga. Na razie jest to tylko opis poznania osoby doskonale mnie rozumiejącej i potężniejszej ode mnie. Powstała w moim umyśle wczoraj rano, po wieczornej lekturze tekstu „Lustro” Krzysztofa Paczosa. Będzie ona zupełnie oderwana od jakiejkolwiek religii. Będzie wyrastała z tradycji filozoficznej immaterializmu Berkeleya, ale nie potrzebuję go w założeniach, gdyż będę używał własnego języka, nieco od Berkeleyowskiego odmiennego. Zresztą nigdy się w obrębie własnych myśli nie musiałem posługiwać Berkeleyem. Lata temu odkryłem z radością, że był ktoś, kto rzeczywistość zrozumiał tak jak ja i od tej pory Berkeley mi towarzyszy. W olbrzymim skrócie, Berkeley uznawał, że istnieją tylko duchy i to, co w ich umysłach. W tym sensie nie słusznie przypisywana jest mu zasada esse=percepi, ma ona zastosowanie jedynie dla rzeczy nie będących duchami, dla rzeczy będących w umysłach duchów, które Berkerley oryginalnie nazwał ideami. Berkeley wychodzi od tego, że dane są nam jedynie idee. Zauważa, że mamy różne idee, jedne możemy dowolnie wzbudzać w swoim umyśle („I find I can excite ideas in my mind at pleasure, and vary and shift the scene as oft as I think fit.”), lecz inne są od naszej woli niezależne („But, whatever power I may have over my own thoughts, I find the ideas actually perceived by Sense have not a like dependence on my will”), a zatem istnieje jakaś inna wola lub duch, który je wytwarza („There is therefore some other Will or Spirit that produces them.”) W tak prosty w zasadzie sposób Berkeley dochodzi do istnienia Boga. Jest to sposób „prawie” przekonujący. A jednak Johann Fichte nie bez racji wskazuje, że rola Boga w immaterializmie Berkeleya, jest analogiczna do tej jaką przyznaje mu się w zewnętrznej rzeczywistości. Istotnie, na pierwszy rzut oka, rozumowanie Berkeleya przenosi jedynie zagadkę na inny poziom, a tam może zostać ona rozwiązana przez ateistów zupełnie analogicznie, jak w przypadku zewnętrznej rzeczywistości. Idee niezależne od naszej woli po prostu sobie są. Przyjęcie istnienia Boga, który je powoduje jest równie kłopotliwe, jak przyjęcie ich samodzielnego istnienia.

Przyznanie prymatu ontologicznego światu naszego umysłu daje nam jednak o wiele szersze pole dla pewnych rozumowań, niż to się pierwotnie Berkeleyowi wydawało. W oparciu o nie, jak to się właśnie okazało, można podać pozytywną drogę do przekonania się o istnieniu osoby doskonale mnie rozumiejącej i potężniejszej ode mnie. Nie jest to jeszcze Bóg w pełnym znaczeniu tego pojęcia, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby badania w tym kierunku rozwijać dalej. Bardzo teraz proszę o uwagę osoby, dla których występowanie słów „Bóg” i „dowód” powoduje, że mogą dalej czytać jedynie z ironicznym uśmieszkiem. Słowo „dowód” w tej pracy nie padło ani nigdy nie padnie. Wszystko co nastąpi jest tylko opisem poznania. Poznanie jest pierwotne i można je jedynie opisywać. Jednak opis poznania może pozwolić drugiej osobie odkryć takie samo poznanie w sobie i w tym sensie ją przekonać.

Przeżycia umysłowe

Na początku chciałbym wprowadzić ważne pojęcie, które zastąpi nam nieco kłopotliwe pojęcie idei Berkeleya. Mówienie o przeżyciu umysłowym oddaje nieco lepiej pewne aspekty naszej wewnętrznej rzeczywistości. Rzeczy w naszym umyśle nie są bowiem statycznymi obiektami, są przeżyciami umysłowymi. One zawsze jakiś czas trwają i zawsze są jakoś w tym trwaniu zmienne. Każda percepcja jest w zasadzie przeżyciem. W sposób oczywisty moje myśli, odczucia, są przeżyciami, ale również, gdy mam w obszarze mojego widzenia kubek, to jest to jakieś przeżycie. Kubek nie jest sam. Jest skierowanie uwagi na kubek, jest myślenie o kubku, jest przerzucanie skupienia uwagi z jednego punktu na drugi. Nie da się kubka w percepcji oddzielić od przeżycia tego kubka. Wszystko więc, co jest nam dane w naszym umyśle, co się niejako w nim rozgrywa, będę nazywał przeżyciem umysłowym.

Wszystko co jest nam dane to przeżycia umysłowe

Stwierdzenie to, choć budzi olbrzymie kontrowersje, jest w swojej istocie oczywiste. Wystarczy bowiem poprosić kogoś, aby wskazał coś innego, co jest mu dane. W pierwszym odruchu, mógłbym powiedzieć, że dane mi są normalne trójwymiarowe przedmioty, jednak nie mogę nic o tych przedmiotach powiedzieć, co nie pochodziłoby z moich przeżyć umysłowych. Nie mogę więc powołać się na nic innego niż moje umysłowe przeżycia dotyku, widzenia, słyszenia tych przedmiotów. Nie mogę zaświadczyć, że coś poza moimi przeżyciami umysłowymi istnieje. Wszelkie moje świadectwo bowiem pochodzi z przeżyć umysłowych. Nauki empiryczne, które za kryterium weryfikujące słuszność teorii przyjmują eksperyment, również nie mogą wykazać istnienia niczego innego jak przeżycia umysłowe naukowców. Choć teorie, którymi się posługują zakładają modele, w których istnieją cząsteczki elementarne, atomy, związki chemiczne, organiczne komórki czy mózgi, są one weryfikowane jedynie poprzez zajście takich a nie innych przeżyć umysłowych w umysłach naukowców. Należy więc powiedzieć, że teorie te za pomocą własnych modelowych ontologi opisują i systematyzują świat naszych przeżyć umysłowych, a nie, że dowodzą realnego istnienia obiektów ze swoich przyjętych ontologii. Szukając więc prawd ostatecznych nie możemy wyjaśniać naszych przeżyć umysłowych pracą naszych mózgów. Byłoby to zwyczajne odwrócenie porządku poznawczego. Możemy jedynie powiedzieć, że teoria mózgu w sposób satysfakcjonujący porządkuje naszą wiedzę o przeżyciach umysłowych, ale nie, że mózg stanowi ich ontologiczną podstawę.

Dygresja w celach treningowych

Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Jesteśmy w XIX wieku i siedzimy sami w szkolnej sali w pewnej odległości od tablicy. Nudzi nam się trochę, więc wymyślamy różne głupoty, na przykład to, co moglibyśmy właśnie napisać na tablicy, gdyby chciało nam się wstać i podejść. Nagle, ku naszemu zdumieniu, zauważamy, że kreda zaczyna rysować po tablicy dokładnie to, o czym pomyśleliśmy. Bawimy się trochę tą sytuacją, wymyślamy sobie przeróżne skomplikowane rzeczy, które kreda ma rysować i obserwujemy, że ona rzeczywiście to rysuje. Gdy już udaje nam się opanować trochę ekscytację, zaczynamy myśleć nad wyjaśnieniem tego fenomenu. W sposób zupełnie naturalny podejrzewamy, że coś odgaduje nasze myśli i przenosi je na tablicę. Oczywiście możemy również przyjąć, że kreda unosi się w sposób zupełnie przypadkowy i w sposób zupełnie przypadkowy działa tak, jak chcą nasze myśli. Jednak to wyjaśnienie wydaje się najgorszym z możliwych. A więc zostajemy przy naturalnej hipotezie, że coś odgaduje nasze myśli i przenosi je na tablicę. Po chwili refleksji zauważamy jednak, że nasze myśli są zbyt ubogie w treść, aby być wytycznymi dla precyzyjnego ruchu kredy. Orientujemy się, że zadajemy jakieś ogólne wytyczne, bardzo wieloznaczne, a kreda w każdym momencie znajduje się przecież w bardzo konkretnej pozycji tablicy. Nie ograniczamy się tylko do prostego przenoszenia kredy z miejsca na miejsce. Jeśli nam się zachce, kreda pisze słowo, które przyjdzie nam na myśl, zakreśla jakąś skomplikowaną figurę, którą określamy z nazwy, ale wcale nie podajemy kompletu parametrów koniecznych do jej narysowania. Widzimy, że w naszej myśli „Narysuj słowo arbuz” - jakkolwiek nie pomyślanej, nie zawierają się precyzyjne instrukcje do narysowania literek. Kreda odzwierciedla nasze myśli, to pewne, ale dodaje więcej, uzupełnia je – jednak tak, iż przyznajemy, że jej ruch jest zgodny z naszą wolą. Nie pozostaje nam zatem do wyboru nic innego, jak przyznać, że to coś, co przenosi nasze myśli na tablicę, musi je rozumieć, umieć odtworzyć i uzupełnić o konieczne szczegóły. W tym sensie myślimy już bardziej o osobie, jakimś duchu, niż przedmiocie. Gdyby taka sytuacja zdarzyła się w rzeczywistości, ktoś pewnie spontanicznie krzyknąłby, że to czary, a o duchu mówiłby raczej gdyby kreda bez jego woli napisała na tablicy nową treść. Jednak po dokładniejszej analizie tych „czarów” musielibyśmy uznać, że musi być w nich coś rozumnego, zdolnego do analizy, wyciągania wniosków, przewidywania nawet, że w rysowaniu po tablicy siłą samej naszej woli, musi nam pomagać jakiś duch doskonale nas rozumiejący.

Właściwa droga

Przeżycia umysłowe umożliwiają poznanie naszej osoby

Wróćmy teraz do świata naszych przeżyć umysłowych, które są jedynymi rzeczami, o których możemy mówić z całą pewnością, że istnieją. Niektóre z naszych przeżyć umysłowych są zależne bardziej od naszej woli, inne mniej, aż w końcu niektóre wydają się zupełnie od niej niezależne. Gdy coś myślimy, obserwujemy sporą zależność tego przeżycia umysłowego od naszej woli, gdy coś czytamy, uznajemy pewne aspekty tego przeżycia umysłowego jako zależne od naszej woli (powtarzanie jakichś zdań dla lepszego rozumienia, albo decyzja o rozpoczęciu lub zakończeniu czytania), a inne takie jak treść tego co czytamy, albo kształty literek - jako aspekty od naszej woli niezależne. Jeżeli z kolei widzimy stół ogrodowy, na który niespodziewanie spadło jabłko, to mamy poczucie niemalże zupełnej niezależności tego przeżycia umysłowego od naszej woli. Pojęcia „ja” i „wola” są trudne. Można utrzymywać, że są tylko przeżycia umysłowe, których nikt nie przeżywa i nikt nie powoduje. Nikt jednak na poważnie nie neguje istnienia swojej osoby albo woli. Nikt nie żyje według takich poglądów, choć może je formułować. Wyciągam z tego wniosek pozytywny. Nasze przeżycia umysłowe umożliwiają nam poznanie naszego osobowego ja. Nie znaczy to, że poznanie to jesteśmy w stanie w sposób satysfakcjonujący opisać. Prawdopodobnie nie jesteśmy w stanie podać rozumowania, które wychodząc od przeżyć umysłowych dochodzi do istnienia naszego osobowego ja. Same w sobie jednak przeżycia umysłowe zawierają w sobie takie bogactwo, że to poznanie nam dają. W rozumowaniu jednak musimy się powołać tylko na naszą nieomylność, ale na nieomylność w kwestii tego, że jesteśmy, i że naszą wolą mamy moc powodowania zmian w świecie naszych przeżyć umysłowych. Uważam więc, że z mamy poznanie naszego osobowego ja z przeżyć umysłowych, jednak nie jest ono opisywalne. Jako wyjaśnienie dlaczego nie jest ono opisywalne, mogę powiedzieć, że jego opisywalność wymagałaby wpierw opisania samych zdarzeń umysłowych takich jakimi one są, to zaś samo w sobie wydaje się mało możliwe. Gdzież więc myśleć nam o kolejnym kroku jakim jest wnioskowanie z tego.

Tutaj jeszcze jesteśmy z Berkeleyem, który zauważa, że duch poznaje swoje istnienie poprzez skutki, które powoduje. („Such is the nature of spirit, or that which acts, that it cannot be of itself perceived, but only by the effects which it produceth.”) Jednak Berkeley popełnił pewną drobną, ale jak się okazuje fundamentalną niezręczność w opisie świata wewnętrznego, która spowodowała, że nie dało się pójść dalej i opisać w sposób przekonujący poznanie Boga. Dokonał podziału idei na zależne od woli i niezależne od woli, przynajmniej w sferze języka, dokonując ontycznej separacji idei, jakby były oddzielnymi, niezależnymi przedmiotami. Można to zauważyć tam, gdzie odróżnia idee zmysłowe od idei będących tworem wyobraźni („The ideas of Sense are more strong, lively, and distinct than those of the imagination.”)

Każde przeżycie umysłowe zależne od woli zawiera aspekty niezależne od woli

Gdy wejdziemy bardzo głęboko w analizę naszych przeżyć umysłowych, zauważamy, że nawet te, które są podporządkowane naszej woli, zawierają w sobie aspekty od naszej woli niezależne. Mało tego, że te aspekty niezależne od woli te przeżycia całkowicie przeplatają, tak, że aspekty zależne od woli nie mogą istnieć bez tych od woli niezależnych. Jeżeli usiłujemy sobie przypomnieć jakieś wcześniej zasłyszane zdanie, wydobywając go z pamięci działamy wolą, jednak słowa i ich szyk zjawiają się nam jako od woli całkowicie niezależne, nie jesteśmy w stanie ich dowolnie zmieniać. Gdy wymyślamy treść nową, znów tylko część jest nasza. Nie mamy władzy zmieniać pojęć, które przywołujemy. Możemy je oczywiście w dłuższej perspektywie definiować, jednak w danym momencie, gdy pragniemy jakiś sens wyrazić, wydobywamy jakby znikąd pojęcia już gotowe. Pojawiają się na skutek naszej woli, ale zaistniałe już od naszej woli nie zależą. Części szyku, gramatyki, reguł myślenia, też nie stwarzamy na bieżąco, a posługujemy się nimi. Zjawiają nam się jakby znikąd wtedy, gdy ich potrzebujemy. Zaczynam, dajmy na to, przypominać sobie dowód twierdzenia Pitagorasa. W chwili początkowej w moim umyśle nie ma żadnych formuł, proporcji, żadnych figur. Na życzenie zaczynają się pojawiać, ale pojawiają się bardzo konkretne. Przywołałem je, ale nie ja nadałem im ostateczny kształt. W ogóle, gdy tylko zaczynamy o tym myśleć, granica między naszą wolą, a czymś po prostu zastanym zaczyna się zacierać i staje się niemal niedostrzegalna. Świadomość wykonywanego ruchu ręką, jest przeżyciem umysłowym, na które oddziałujemy wolą. A jednak doskonale czujemy, że nie rysujemy tej ręki w coraz to innym miejscu naszego pola widzenia, nie wypełniamy jej kolorami, nie nadajemy jej dokładnej trajektorii na tle dostępnego nam obrazu. W tym zdarzeniu występuje tak wiele aspektów niezależnych od naszej woli, że sami jesteśmy w stanie się dziwić, że to my jednak ten ruch powodujemy. To wszystko co jest w tym od naszej woli niezależne przeplata się nieustannie z tym, co od naszej woli zależy. Wszystko to zatem, co uzupełnia przeżycia umysłowe poddane naszej woli, nie pochodzi od nas, nie my jesteśmy tego twórcami. Nie jesteśmy nawet w stanie mówić, tylko o tym, co w danym przeżyciu umysłowym zależne jest od naszej woli. Zawsze aspekty zależne i niezależne, na każdym poziomie refleksji, pozostają wymieszane.

Sytuacja ta przypomina owo rysowanie kredą na tablicy z użyciem samej woli. Uwidacznia się to szczególnie, gdy kontemplujemy naszą władzę nad ręką, której ruch obserwujemy. Poruszamy nią w pewnym sensie zupełnie “zdalenie”. W świecie naszych przeżyć umysłowych nie ma bowiem żadnego pośrednika pomiędzy naszą wolą, a postrzeżeniem poruszającej się ręki. Nie zadajemy dokładnej pozucji ręki, nie zadajemy w sposób kompletny trajektorii po której sie przemieszcza. Kontrolujemy tylko trochę w przeżyciu umysłowym, reszta współgra z tym, co nasze, choć nie jest tworzona przez nas. W przykładzie z tablicą jesteśmy sobie jednak w stanie wyobrazić, że w końcu do tablicy podchodzimy, bierzemy do ręki kredę i sami zaczynamy rysować. Jeśli chodzi o nasze przeżycia umysłowe, nie mamy żadnego doświadczenia tworzenia tych ich aspektów, których nie tworzymy. Wiemy, że one uzupełniają w sposób zupełnie spójny i logiczny to, co w nich nasze, jednak nie mamy pojęcia jak można by je wytworzyć. Nie umiemy stworzyć koloru w naszej świadomości, możemy jedynie go zapragnąć, a on się nam zjawi. Pragnąc go nie podajemy wszystkich jego cech, nie tworzymy recepty na jego powstanie. Całe jego bogactwo zjawia się jako coś nadmiarowe, ale zarazem uzupełniające nasze pragnienie i spełniające go. Jeżeli tworzymy nowe słowo, przywołujemy istniejące uprzednio głoski, definiując go, przywołujemy uprzednio istniejące koncepty. Przywołując głoski, nie określamy ich w pełni. Dzieje się coś tajemniczego, zjawia się głoska, którą chcemy, ale myśmy jej wcale w sposób kompletny nie opisali. Znowu jej bogactwo przewyższa to, co było nasze w chceniu, ale chcenie to uzupełnia i spełnia. Zjawia się koncept, o który nam chodzi, ale myśmy go wcale w tym momencie nie wymyślili, nie podaliśmy kompletu informacji o tym koncepcie. To co się zjawia znowu ma w sobie bogactwo większe niż nasza prosta wola. Dostajemy zawsze coś uzupełnione o szczegóły, o których wcale nie myśleliśmy, jednak uznajemy to zawsze za spełnienie woli i uzupełnienie jej. Jak w przypadku sytuacji z tablicą i kredą należy uznać, że coś nieustannie nas uzupełnia. Uzupełnia jednak w sposób, który jest dla nas zupełnie akceptowalny jako bezpośredni skutek tego, czego chcieliśmy bezpośrednią wolą.

Przeżycia umysłowe umożliwiają poznanie osoby doskonale nas rozumiejącej i potężniejszej od nas

Zajmijmy się teraz tą całą resztą w naszych przeżyciach umysłowych, która od naszej woli nie zależy. Nie patrzymy jednak na tą resztę jako na całe przeżycia umysłowe inne od tych, które są od woli zależne tak, jak czynił to Berkeley, ale jako na składową przeżyć umysłowych, która współtowarzyszy i przeplata się ze składową od woli zależną. Choć musimy mieć świadomość, że tej reszty w sposób formalny nie jesteśmy w stanie wskazać. Nie jesteśmy w stanie jej wskazać, ale jesteśmy w stanie odkryć jej istnienie. Ta reszta właśnie daje nam poznanie istnienia osoby, która doskonale nas rozumie i jest od nas potężniejsza. Ponieważ w tym co „nasze” w przeżyciach umysłowych brakuje informacji, aby dobudować resztę, która nie jest „nasza”, to coś musi rozumieć to co nasze, przeżywać to samodzielnie i na tej podstawie dotworzyć resztę. Ta reszta przecież nie powstaje losowo w stosunku do tego co nasze, a w sposób spełniający i uzupełniający. Można w tym miejscu stawiać różne zarzuty, że to coś wcale nie musi być osobą, że ta reszta może się tak o pojawiać, a w ogóle, że tego czegoś wcale może nie być. Skąd pewność, że to coś jest, i że jest to osoba? Nie da się tej pewności opisać. Dokładnie jednak tak samo, jak nie da się opisać poznania, że my jesteśmy osobą. Powiedzieliśmy sobie wcześniej, że nasze przeżycia umysłowe pozwalają nam poznać nasze ja. Nie umiemy jednak tego poznania opisać. To coś, co dotwarza nie-naszą resztę w przeżyciach umysłowych, przetwarza dokładnie tą informację, którą my dajemy i jako skutek powstaje całość przeżycia. Zauważyliśmy, że części naszej i nie-naszej nie jesteśmy w stanie oddzielić. Osobowe jest to, co jest w naszych przeżyciach nasze, osobowe jest również to, co je uzupełnia. To, co uzupełnia, w pewnym sensie informacyjnym, zawiera już w sobie i tak to, co jest nasze, choć nie zawiera tego naszego w sensie ontycznym. Tym łatwiej myśleć jest o tym jako o czymś osobowym. Pisząc tutaj osobowe, mam namyśli takie, które umożliwia poznanie osoby. A zatem tak jak to, co nasze w naszych przeżyciach osobowych daje nam poznanie naszej osoby, tak to, co nie nasze, ale z naszym ściśle splątane, daje nam poznanie drugiej osoby - różnej od nas, bo to, dzięki czemu ją poznajemy, przerasta nasze możliwości twórcze. Tym samym osoba ta jest od nas potężniejsza. Doskonale nas rozumie, bo ma zdolność zupełnego wczucia się w nasze, aby móc je uzupełnić. Berkeleyowi zabrakło tutaj refleksji o totalnym splątaniu tego, co w ideach podporządkowane naszej woli, z tym, co podporządkowane naszej woli nie jest. Dlatego jego myśl, że inny duch powoduje te idee, których my nie powodujemy, jest narażona na taki sam opór, jak stwierdzenie, że słońce musiał stworzyć Bóg. W przypadku mówienia o totalnym splątaniu tego, co pozwala nam poznać nas, z tym, co pozwala nam poznać tego zewnętrznego ducha, każda wątpliwość, która neguje możliwość poznania zewnętrznego ducha, jest również wątpliwością, którą możemy odbić, aby sformułować wątpliwość co do istnienia naszego ja. Poznanie naszego ja jednak akceptujemy. Równocześnie duch ten, nie jawi się jako równorzędny współtwórca naszego świata wewnętrznego, który po prostu uprawia sobie swoją działkę, ale jako dysponujący mocami, które zupełnie przerastają nasze możliwości poznania. Nie jesteśmy sobie, bowiem, w stanie wyobrazić w jaki sposób może dochodzić do tworzenia czegoś, czego sami nie tworzymy.

Zakończenie

Na zakończenie pragnę dodać parę uwag. To, co zostało zaprezentowane powyżej jest dopiero pierwszym szkicem, zawiera w sobie masę słownych niezręczności, które ciągle dostrzegam, ale nie zamierzam zmieniać w nieskończoność, bo nigdy tekst ten nie ujrzy światła dziennego. Wymagają one oczywiście dalszej obróbki. Opisałem drogę, którą sam obmyśliłem, teraz należy poszukać w historii filozofii, kto jeszcze inny tą ścieżką chadzał. Chciałbym przypomnieć, że wszelkie rozważania odbywały się po wcześniejszym zauważeniu prymatu ontologicznego przeżyć umysłowych. Wręcz w nastawieniu, że nie mamy wstępnie poznania istnienia niczego innego. W tym kontekście okazało się, że mamy poznanie siebie i drugiej osoby doskonale mnie rozumiejącej i potężniejszej. Wszelkie więc zarzuty w rodzaju, że odkryłem procesy nieświadome we własnym mózgu, tylko, że dziwacznie je opisałem, są pozbawione swojej racji ontycznej i jako takie nie mogą być traktowane poważnie, dopóki ktoś nie wykaże realnego istnienia mózgu i procesów w nim zachodzących. W pracy też nie skupiono się na wszystkich możliwych aspektach sprawy, nie poruszono wątku, że ta druga osoba powoduje również wszystkie te przeżycia umysłowe, które dla nas są zupełnie od woli niezależne. Nie wzięto pod uwagę woli bardziej pośredniej, nie rozwinięto jak, w sposób analogiczny, dochodzi do poznania innych osób przez odniesienie ich do osoby doskonale mnie rozumiejącej i potężniejszej. Siłą rzeczy nie przeanalizowano także, czy osoba ta jest tą samą osobą dla wszystkich innych ludzi. Rysuje mi się zaledwie odpowiedź pozytywna na to pytanie. Dopiero po dokonaniu tych wszystkich analiz będzie można mówić o poznaniu Boga, gdy będzie on osobą doskonale rozumiejącą i potężniejszą dla wszystkich ludzi. Nie było też słowa o miłości, której poznanie jest dostępne dopiero po oderwaniu się od tak bezpośredniego przyczynowienia, jakie było analizowane w tej pracy. Tak jak wspomniałem powyżej praca jest jedynie szkicem, który przyjdzie później uzupełnić.

Michał Stanisław Wójcik, 11 lutego 2012

Strona Główna Świat wewnętrzny v. świat zewnętrzny Kontakt