W niniejszej pracy nie będziemy precyzować, czym jest świadomość, czym jest „ja” — nie będziemy rozważać problemu ciągłości. Zadowolimy się takim, filozoficzno-potocznym, rozumieniem owych słów, które pozawala mi mieć sąd: „Ja za minutę będę istniał”. Mam przecież jakieś zrozumienie prognozy, że za minutę będę dalej istnieć i w jakiś sposób jestem w stanie, po minucie, prognozę tę zweryfikować. To na razie musi nam wystarczyć. Gdy piszę ten tekst hipoteza, że będę istniał dalej za minutę, ma dla mnie realny sens i jestem niemal pewien, że jest prawdziwa. Jestem tego pewien tak bardzo, że nie przestaję pisać — co w zasadzie powinienem byłbym uczynić, gdybym tylko zaczął mieć poważne podejrzenia, że za minutę istnieć przestanę. Tezę tej pracy należy rozumieć analogicznie. Dokładnie w takim samym stopniu mogę być pewien, że będę istniał po śmierci.
Wnioskowanie odbędzie się na podstawie założenia, że jedynym źródłem informacji o rzeczywistości jest dla mnie to, co doświadczam. Przez to, co doświadczam, rozumiem postrzeżenia (np. moje postrzeżenie ekranu komputera), myśli, wspomnienia, uczucia — wszystko, co w jakikolwiek sposób jest mi rzeczywiście dane. Aby wszystko było do końca jasne, podam przykłady kilku „rzeczy”, których w tej chwili nie doświadczam. Nie doświadczam tylnej ścianki ekranu komputera; krzesła, które stoi za moimi moimi plecami; przyjaciela, który teraz jest w Ameryce; wróżki czy jednorożca. To, co doświadczam, będę w zależności od kontekstu nazywał strumieniem świadomości, światem wewnętrznym, ciągiem przeżyć umysłowych. Konkretne elementy wchodzące w skład strumienia świadomości będę zwykle nazywał przeżyciem umysłowym bez względu na to, czy będzie to postrzeżenie wzrokowe, słuchowe, myśl, wspomnienie czy uczucie.
Czasami ktoś może ulec wrażeniu, że wiedza, którą posiadamy ma charakter „zewnętrzny”. Do niektórych sądów jesteśmy tak przyzwyczajeni, że nie zwykliśmy pytać siebie samych, dlaczego jesteśmy przekonani o ich prawdziwości. Jednak każdy sąd kiedyś po raz pierwszy usłyszeliśmy, albo wymyśliliśmy. Być może przyjęliśmy go na wiarę, być może szukaliśmy uzasadnień. Jakiego rodzaju mogły to być uzasadnienia? Powtarzanie się danego sądu w wielu źródłach, jakieś własne przeżycia, eksperymenty. Cokolwiek jednak nie zdecydowało o tym, że uznaliśmy dany sąd za prawdziwy, rozegrało się w obrębie naszego świata wewnętrznego. Jeżeli przeanalizujemy, w jaki sposób zyskaliśmy pewność prawdziwości jakiegoś oczywistego dla nas sądu, na przykład: „1 września 1939 roku rozpoczęły się w Polsce działania wojenne”, zauważymy, że wszystkie przesłanki sprowadzają się ostatecznie do naszych przeszłych przeżyć umysłowych. Jeżeli słuchaliśmy opowieści dziadka, to mamy pamięć przeżyć umysłowych związanych z słuchaniem. Jeżeli czytaliśmy o tym w książce, mamy wspomnienie przeżyć umysłowych związanych z czytaniem. Jeżeli przeprowadziliśmy krytyczną analizę tego sądu i zastanawialiśmy się nad jego prawdziwością, to mamy w pamięci przeżycia umysłowe związane z kojarzeniem tego, że to co opowiadał dziadek pokrywa się z tym, co jest napisane w kilku niezależnych książkach, wobec tego teza przeciwna, że 1 września 1939 roku nie rozpoczęły się w Polsce działania wojenne jest wysoko nieprawdopodobna. W ten sposób każda wiedza bierze się z analizy naszego świata wewnętrznego i nie ma żadnego sposobu, aby ją od niego uniezależnić.
„Istnieć po śmierci” rozumiem przez analogie do frazy „istnieć po zaśnięciu”. „Istnieć po zaśnięciu” jest dobrą analogią pod warunkiem, że nie będziemy pod tą frazą rozumieć fazy snu – jako braku świadomości. Snu bowiem, jako stanu nieświadomości, nigdy nie doświadczam. A zatem moje pierwsze przeżycia umysłowe po tym jak zasypiałem, nie ważne czy będą one po przebudzeniu, czy będą to marzenia senne — są dowodem na to, że istnieję po zaśnięciu. Jeżeli głoszę tezę, że będę istniał po zaśnięciu mam na myśli, że po zdarzeniach umysłowych towarzyszących zasypianiu, nastąpią jakieś kolejne inne zdarzenia umysłowe. Analogicznie, jeżeli głoszę tezę, że będę istniał po śmierci mam na myśli, że po zdarzeniach umysłowych towarzyszących temu, co nazwiemy potocznie umieraniem, nastąpią jakieś kolejne inne zdarzenia umysłowe. Uznaję, że jest to wystarczająco ścisłe na potrzeby tej pracy. Wszelkie problemy dotyczące ciągłości istnienia będą dotyczyły zarówno istnienia po zaśnięciu jak i istnienia po śmierci i musimy je tutaj pominąć. Zauważmy, że zwykle jednak przyjmujemy, że będziemy istnieć po zaśnięciu i rozumienie tego nie stanowi dla nas większego problemu.
Zauważamy taką własność ciągu naszych przeżyć umysłowych, że on po prostu trwa — że cały czas pojawiają się kolejne zdarzenia umysłowe. Mógłby się w zasadzie w każdej chwili strumień naszej świadomości urwać, ale tak się jednak, z niewidomych przyczyn, nie dzieje. Stanem domyślnym jest dla nas pewna stabilność istnienia naszego świata wewnętrznego. Nie twierdzę, że jest racjonalnym uważać, iż za minutę będzie się istnieć, ale jednak zwykle tak robimy i zwykle się to sprawdza. Jeżeli nie zachodzą żadne dodatkowe czynniki, jest dla nas zupełnie naturalne i oczywiste, że każde zdarzenie umysłowe z naszego strumienia świadomości jest równie dobrym kandydatem na ostatnie. Jeżeli zatem ktoś głosiłby tezę, że w momencie procesu potocznie zwanego umieraniem, zajdą jego ostatnie przeżycia umysłowe — to aby teza ta była w ogóle interesująca, musi umieć podać jakiś szczególny powód, dla którego przewiduje, że akurat te przeżycia umysłowe będą ostatnie. Nie może powołać się na to, że po prostu zawsze jest możliwe, że strumień świadomości się skończy — wtedy bowiem nie byłoby w przewidywaniu końca świadomości w momencie śmierci nic bardziej szczególnego niż w przewidywaniu go za minutę. Istotnie, jeżeli jakiś szczególny powód jest jednak podawany, to zawsze wynika on z analizy jakichś poprzednich przeżyć umysłowych. Na bazie obserwowanej w przeszłości własnej skuteczności w przewidywaniu przeżyć umysłowych, zyskujemy zwykle przekonanie o trafności naszych przyszłych prognoz. Stąd w szczególności miałoby również wynikać przekonanie o trafności prognozowania końca ciągu przeżyć umysłowych w momencie śmierci. Jednak prognozy, których skuteczności mogliśmy doświadczać, dotyczyły zawsze tego jakie będą jakieś przyszłe zdarzenia umysłowe — nigdy tego czy one będą. Nigdy nikt nie doświadczył, że jego prognoza dotyczącą końca strumienia świadomości się sprawdziła. A zatem, skoro jedyną przesłanką, która pozwala nam uznać nasze obecne prognozy za znaczące jest to, iż nasze poprzednie prognozy się sprawdzały, to musimy uznać, że w przypadku prognozy dotyczącej końca ciągu przeżyć umysłowych tej przesłanki brak. Musimy zatem odrzuć przeświadczenie, że mamy jakikolwiek szczególny powód, aby spodziewać się ostatnich przeżyć umysłowych w momencie procesu potocznie zwanego umieraniem. Te przeżycia umysłowe mogą oczywiście być ostatnie, ale, co już zauważyliśmy wcześniej, każde przeżycie umysłowe może być ostatnie. Nie ma więc żadnego powodu, aby jakoś szczególnie obawiać się, że nasz świat wewnętrzny skończy się w momencie śmierci — że w momencie śmierci przestaniemy istnieć.
Chociaż rozumowanie powyższe wydaje się być logicznie bez zarzutu, część myślicieli, nawet po przekonaniu się, że istotnie nie zawiera ono błędów, dalej twierdzi lub czuje, że ma jakieś szczególne powody, aby spodziewać się swojego końca w momencie fizycznej śmierci. Dlaczego tak się dzieje? Każdy przecież zgodzi się, że poznane wartości jakiegoś ciągu, nie mogą nieść w sobie żadnej informacji o tym, ile ten ciąg ma elementów. Łatwo zrobić eksperyment, w którym będę prezentował uczestnikom po kolei elementy różnych, wymyślonych przeze mnie specjalnie, ciągów. Ich skuteczność w przewidywaniu, który element danego ciągu jest elementem ostatnim, powinna być raczej znikoma. Całkowita ilość elementów ciągu zależy przecież od jakichś fundamentalnych przesłanek innych niż jego znane już wartości. Skąd więc bierze się owo mylne przekonanie w tym szczególnym przypadku, gdy orzeka się o naszym ciągu przeżyć umysłowych? Jak widać teza udowodniona na mocy rozumowania ogólnego, może łatwo zacząć jawić się fałszywa, gdy ktoś zbytnio skupi się na pewnych zupełnie neutralnych cechach danego przypadku szczególnego, które są łudząca podobne do cech dla tezy niszczących. Nasza dalsza analiza zajmie się wskazaniem i omówieniem poszczególnych błędów.
Wielu myślicieli przeprowadza następujące błędne rozumowanie. Na mocy osiągnięć nauki (science) wiem, że moje przeżycia umysłowe będą trwały tak długo, jak długo funkcjonował będzie mój mózg. Skoro wiedza z biologii, chemii i fizyki nie pozostawia mi cienia złudzeń co do losu mojego mózgu, to przyjmuję jako bardzo prawdopodobne, że nadejdzie taki czas, w którym moje procesy myślowe przestaną zachodzić.
Nauka (science) jest to zorganizowana działalność ludzka powstała jako suma poszczególnych osobowych wysiłków, która wyrasta na gruncie naszych bezpośrednich doświadczeń, dalej za pomocą olbrzymiej ilości teoretycznych zabiegów, porządkuje wyjściowy materiał i przewiduje przyszłe wyniki, po czym jest weryfikowana ostatecznie znowu przez nasze bezpośrednie doświadczenia. Każda nauka (science); biologia, chemia, fizyka — podpada pod ten ogólny schemat.
Nauka (science) nie tworzy żadnej nowej ontologii, nie mówi nic, ściśle rzecz biorąc, o istnieniu czegokolwiek więcej niż przeżycia umysłowe. Naukowcy nie wiedzą czym jest elektron. Nie wypowiadają sądów o jego ontycznej naturze. Nie jest to kwestia poziomów wtajemniczenia, nie jest to kwestia wąskiej grupy specjalistów, która jednak wie coś na pewno. Elektron raz trzeba traktować jako cząstkę, innym razem jako falę, a problem ścisłych granic tych dwóch natur jest nierozwiązanym problemem fizyki kwantowej. Patrząc na zagadnienie do końca ściśle i poprawnie należy powiedzieć, że „elektron” to tylko hasło zbiorcze, za którym stoją bardzo konkretne równania matematyczne, za pomocą których naukowcy są w stanie, rzeczywiście bardzo dokładnie, przewidywać rezultaty doświadczeń — nic więcej.
Zauważmy, że nauka (science) jest całkowicie zamknięta w świecie wewnętrznym naukowca — w jego strumieniu świadomości. Każda naukowa teoria zaczyna się czymś, co bezpośrednio, przeze mnie, jako przez naukowca jest doświadczane, przewiduje wyniki i kończy się weryfikacją za pomocą tego i tylko tego, co ja osobiście, jako naukowiec, doświadczam. Dodatkowo wszystko, czego mogę się dowiedzieć od innych naukowców — z książek czy osobiście też „trafia do mnie” jako moje własne przeżycia umysłowe. W związku z tym nauka (science) nie może wypowiadać się na temat śmierci — końca ciągu owych przeżyć umysłowych. Nie zawiera ona żadnej wiedzy „zewnętrznej” (bo skąd?) w stosunku do niego, jest jedynie bardzo subtelnym i skomplikowanym podsumowaniem wiedzy na temat poprzednich przeżyć umysłowych, które także wyraża się poprzez przeżycia umysłowe. Nauka (science) nie ustala, ściśle rzecz biorąc, korelacji pomiędzy moimi przeżyciami umysłowymi a rzeczywistością złożoną z cząstek elementarnych. Ona ustala korelacje między jednymi przeżyciami umysłowymi a drugimi, tylko posługując się koncepcjami cząstek elementarnych, które są jedynie semantycznymi zwieraczami wielu różnych równań matematycznych.
Nie można więc mówić o możliwości definitywnego zaniku umysłowych przeżyć na podstawie przewidywanego, nieuchronnego zachowania się jakiejś obiektywnie istniejącej materii, wchodzącej w skład mózgu, ponieważ ta materia, w przeciwieństwie do realnych przeżyć umysłowych, które są naszym rzeczywistym udziałem, jest tylko koncepcją, i to na dodatek koncepcją, która jako całość nie jest żadnemu żyjącemu dzisiaj naukowcowi dana bezpośrednio. Wiedza na temat naszej współczesnej koncepcji materii jest tak rozległa, że jest możliwe tylko częściowe i bardzo ogólne zgromadzenie jej w jednym umyśle, dokonane zresztą na mocy całego szeregu przeplatających się rozumowań i różnych aktów zawierzeń innym osobom, wybranym według jakiegoś zdroworozsądkowego klucza.
Niektórzy myśliciele ulegają innemu błędnemu argumentowi, który nazwę argumentem z powszechności śmierci. Obserwują mianowicie pewną korelację między swoimi przeżyciami umysłowymi, a zachowaniami swojego ciała. Następnie obserwując analogiczne zachowania ciał innych ludzi, wnioskują o analogicznych przeżyciach umysłowych w ich światach wewnętrznych. Następnie mogą zaobserwować, że po uszkodzeniu pewnych fragmentów mózgu, ustają pewne konkretne zachowania ciała, co daje im podstawę wnioskować o zaniku pewnych przeżyć umysłowych. Na przykład, obserwują człowieka z uszkodzoną korą wzrokową, zauważają, że jego ciało nie reaguje na bodźce wzrokowe, więc wnioskują o zaniku przeżyć umysłowych związanych z percepcją wzrokową — mówiąc potocznie, wnioskują, że osoba ta nie widzi. To daje im podstawy do wysunięcia hipotezy, że po całkowitym zniszczeniu mózgu innego człowieka, muszą ustać wszystkie jego przeżycia umysłowe. Przez analogie zakładają, że po zniszczeniu ich własnego mózgu, konsekwentnie nastąpi koniec ich własnego ciągu przeżyć umysłowych. Myśliciele ci wcale nie muszą uważać, że jest to rozumowanie do końca poprawne, jednak twierdzą iż wystarcza ono, aby spodziewać się raczej końca istnienia w momencie śmierci niż czegoś przeciwnego. Pozornie wydaje się, że mają rację. Wyobraźmy sobie bowiem pokój, w którym stoi wiele tak samo wyglądających automatów. Na każdym znajduje się czerwony guzik. Po naciśnięciu czerwonego guzika z automatu wylatuje kulka z jakimś numerem. Po wykonaniu wielu prób zauważamy następującą prawidłowość; gdy po uzyskaniu kilku kul, wylatuje kula z numerem 0, po następnym naciśnięciu czerwonego guzika, automat zapada się pod ziemię. Ma to być analogiczne do wnioskowania o naszym końcu po pewnych przeżyciach umysłowych towarzyszących tzw. procesowi umierania. Mimo że nie dysponujemy ścisłym dowodem, mamy prawo spodziewać się, że kolejny sprawdzany automat również zapadnie się pod ziemię, po wyrzuceniu kulki z numerem 0. Dalej oczywiście nie mamy całkowitej pewności, ale możemy mówić o tym, czego się bardziej spodziewamy. Nasze wnioskowanie w powyższym eksperymencie myślowym, jest w pewnym zakresie analogiczne do argumentu z powszechności śmierci. Jego całkowita bezużyteczność wynika z tego, że tak naprawdę nie mamy do dyspozycji kilku ciągów przeżyć umysłowych, a tylko jeden — swój własny, w którym jedynie odnajdujemy pewne postrzeżenia werbalnie określane przez nas jako zachowania innych. Tak naprawdę zauważenie tego, że ktoś nie widzi jest jednym z naszych przeżyć umysłowych. Koniec naszego ciągu przeżyć umysłowych nie będzie po prostu kolejnym zapadnięciem się automatu z czerwonym guzikiem. Będzie to wydarzenie, które zupełnie nie ma analogii w jakichkolwiek wcześniejszych obserwacjach.
Aby pokazać błąd argumentu z powszechności śmierci jeszcze dobitniej, posłużymy się kolejną analogią. Zauważmy, że sąd: „Na podstawie analizy poprzednich przeżyć umysłowych, nie mogę wnioskować o chwili końca świata wewnętrznego” jest analogiczny do sądu „Na podstawie treści wyświetlanego filmu, nie można wnioskować o chwili końca kina”. Z zaakceptowaniem tego drugiego sądu, na podstawie rozumowania ogólnego, nie ma chyba większych problemów. Wyobraźmy sobie jednak, że idziemy na pewien bardzo szczególny film. Opowiada on o mordercy psychopacie, który podkłada pod kina ładunki wybuchowe. Jak każdy psychopata i ten ma swoje dziwactwo. W kolejno wybieranych przez siebie kinach przed seansem modyfikuje taśmę filmową, w ten sposób, że na minutę przed wybuchem na ekranie filmowego kina pojawia się krwawy napis „Za minutę wszyscy zginiecie”. I faktycznie za każdym razem kilka chwil później możemy oglądać na naszym ekranie wybuch kina. Kina są w ten sposób niszczone jedno po drugim. Oglądamy ten film śledząc frapującą akcję, w której inteligenty policjant, próbuje owego psychopatę wytropić. W pewnym momencie na naszym ekranie pojawia się krwawy napis „Za minutę wszyscy zginiecie”. Komu ciarki przejdą po plechach, kto przestraszy się, że za chwilę zginie, ten zrobi właśnie, być może pod wpływem emocji, błąd argumentu z powszechności śmierci. Fundamentalna prawda, że na podstawie treści wyświetlanego filmu, nie można wnioskować o chwili końca kina, nadal pozostaje w mocy. Ta chwila tak samo może być ostatnią chwilą kina, w którym siedzimy, jak każda inna. Jednak zdrowy rozsądek może zostać zagłuszony przez sugestywną wizję wygenerowaną przez właśnie oglądany film. Tak właśnie, w pewnym dopuszczalnym uproszczeniu, wygląda sytuacja myślicieli, którzy mimo przyznania logicznej wartości wywodowi o braku związku między fizyczną śmiercią a końcem ciągu przeżyć umysłowych, nadal obawiają się, że przestaną istnieć w momencie swojej fizycznej śmierci.
Sytuacja byłaby oczywiście inna, gdybyśmy przed wejściem do kina na ów film o psychopacie przeczytali w gazecie, że w mieście miało miejsce 13 wypadków zdetonowania ładunku wybuchowego w kinie po tym, jak na ekranie pojawił się krwawy napis „Za minutę wszyscy zginiecie”. Wtedy naprawdę mielibyśmy bardzo poważne powody, aby bać się wybuchu, gdyby podczas naszego seansu pojawiłby się taki sam napis. Moglibyśmy w zasadzie być prawie pewni zniszczenia kina, w którym siedzimy. W tym przypadku mielibyśmy pełne prawo tak myśleć, ponieważ dysponowalibyśmy jakąś „zewnętrzną” wiedzą o związku między treścią filmu i losie kina. Nie szkodzi, że byłaby to wiedza tylko statystyczna, na co dzień właśnie taką wiedzą się właśnie posługujemy. W takiej sytuacji, wyrokując o końcu naszego istnienia na podstawie analizy przeszłych przeżyć umysłowych, jednak nie jesteśmy. Nie możemy bowiem nigdy być przed wejściem na seans, aby poczytać sobie gazety i zyskać trochę „zewnętrznej” wiedzy. Nie możemy się powoływać na żadną statystykę, która kazałaby nam wyróżnić jakoś przeżycia umysłowe towarzyszące fizycznej śmierci. Wydaje się więc zupełnie rozsądnym założyć, że będziemy istnieć minutę po naszej śmierci, tak samo jak ja będę istnieć minutę po zakończeniu pisania tej pracy.
Michał Stanisław Wójcik, 10 października 2009