Wyjściowy obszar badawczy Niezależnej Pracowni Badań nad Rzeczywistością to świat tego, co bezpośrednio się doświadcza. Nie jest to żadne, czynione na wstępie, ograniczenie a jedynie stwierdzenie, że możemy badać jedynie to, co jest nam do badania dane. Nie oznacza to przyjęcia apriorycznego założenia, że istnieje tylko nasz świat wewnętrzny. Jest to raczej badanie rzeczywistości ze zwróceniem szczególnej uwagi na to, że wszystko z czym możemy mieć kontakt musi zostawić jakiś ślad w naszej świadomości. Jeżeli zaś twierdzimy, że mamy poznanie czegoś, co istnieje poza światem naszych bezpośrednich postrzeżeń, emocji, uczuć, myśl czy pamięci, to ślad ten musi być szczególnego rodzaju, musi dawać nam pewność istnienia swojego źródła.
Światopogląd jest we mnie uformowany jako coś bardzo skomplikowanego, coś co jest nie do końca wysławialne, a zarazem wyprzedza wszelkie pojęcia, które jestem w stanie zdefiniować i wszelkie zdania, które jestem w stanie precyzyjnie sformułować. Wyprzedza, bo przecież definiuję pojęcia i formułuję zdania w oparciu o coś. Nie składam losowo słów w dobrze brzmiące struktury gramatyczne. To coś, ową napędową siłę, która pozwala mi się wypowiadać, a którą nazywam światopoglądem staram się badać. Powstaje we mnie jako efekt poznawania rzeczywistości – skomplikowanego procesu, który zachodzi przez całą moją historię, zawiera w sobie sumę różnych zdarzeń, aktów międzyosobowej komunikacji i kontemplacji dokonanych na ich bazie. Gotowe zaś sądy wyrażone w postaci zdań są natomiast efektem analizy mojego światopoglądu.
Celowo odbiegam tutaj od trendu, który każe rozumieć światopogląd jako usystematyzowany już zbiór pewnych twierdzeń o rzeczywistości. Myśliciele, którzy uznają, że taki formalny światopogląd jest źródłem postaw i uzasadnieniem postępowania, są skazani na paradoks. Spójny system twierdzeń o rzeczywistości, zyskuje się przecież długą i bardzo precyzyjną pracą, jeżeli to on miałby być źródłem postępowania, to cóż może powodować myślicielem, gdy stawia on pierwsze kroki w jego konstrukcji? Pozostanę więc raczej przy moim rozumieniu pojęcia światopogląd jako czegoś głębokiego, tajemniczego, wręcz mistycznego, stojącego jednak u podstaw wszelkich moich wypowiedzi.
Co jest punktem centralnym mojego światopoglądu? Co go porządkuje? Poznanie, że istnieje Bóg. Od kiedy pamiętam mam silne przekonanie o istnieniu Boga. Przekonanie to nie wyraża się w zwykłym sądzie o rzeczywistości, jest raczej świadomością osobowej relacji – analogicznej do relacji osobowych, które mam z innymi ludźmi. Analogia ta obejmuje jednak tylko pewne aspekty relacji z innymi ludźmi. Relacja z Bogiem jest daleko bardziej skomplikowana, bardziej trudna i tajemnicza, a zarazem o wiele silniejsza. Wszystko co jestem w stanie powiedzieć o Bogu jest syntezą wydobytych z głębi mojej świadomości modlitw, myśli, przeżyć, spośród których wyraźnie wyróżniam doświadczenia obcowania z Kościołem i Biblią. Moje poznanie Boga nie jest więc jednorodne. Nie stanowi jakiegoś jednego, prostego poznawczego aktu. Część tego poznania jest bardzo osobista i wydaje mi się być niezależna od jakichkolwiek czynników zewnętrznych, część jest pochodną bezpośredniego doświadczenia żywego Kościoła – głównie w Eucharystii, część zaś wynika z przekazanej mi historii Kościoła, a wcześniej Narodu Wybranego, która jest pewnym sumarycznym świadectwem wielu osób o ich własnej relacji z Bogiem. Ta historia jest po części spisana w Biblii, po części przekazywana w innych źródłach. Wszystkie te czynniki wzięte na raz składają się w jakiś tajemniczy sposób na zupełną pewność, że Bóg istnieje. Żaden z nich sam nie starcza, żadnego też z nich nie da się analizować w oderwaniu od innych. Natura tej pewności jest absolutnie holistyczna. Bóg bowiem potwierdza istnienie i przymioty Kościoła, Kościół potwierdza istnienie Boga – nie tworzy to jednak błędnego koła ponieważ w sposób epistemologicznie istotny łączy się z moimi własnymi przeżyciami. Bez osobistych przeżyć wszystko co wiem o Kościele i Bogu byłoby tylko ciekawą teorią, czekającą na potwierdzenie. Przeżycia te zaś są możliwe w Kościele, jednak to nie Kościół, a Bóg warunkuje ich powstanie.
Zdaję sobie sprawę, że wielu myślicieli poradzi mi w tym momencie zamknąć pracownię. Powiedzą oni, że badanie rzeczywistości nie polega na badaniu własnego wnętrza. Będą oni twierdzić, że wszystkie moje przeżycia wyjaśnia psychologia, a ona sama jest superwentna w stosunku do fizyki. Prawa psychologii są według nich tylko wypowiedzianymi w prostszy sposób bardzo skomplikowanymi fizycznymi zależnościami. Teoria ewolucji daje szansę na wyjaśnienie, zupełnie zgodne z prawami fizyki, w jaki sposób za pomocą olbrzymiej liczby aktów replikacji z prostych form materii nieożywionej powstało moje DNA, projekt według którego, także w sposób zupełnie zwyczajny i zgodny z prawami fizyki, zostałem zbudowany. Procesy psychiczne, które zachodzą w moim mózgu są więc niczym więcej jak sumą oddziaływań wielkiej ilości cząsteczek elementarnych. Zresztą według tej koncepcji cały jestem tylko pewnym zespołem cząsteczek elementarnych. Poprzez wieloletnią religijną praktykę wzmocniły się niektóre synapsy w moim mózgu. Podczas uczestnictwa w Eucharystii uwalniały się do mojego krwiobiegu substancje chemiczne, które powodowały pobudzenie całego organizmu. Mój mózg chłonął również opisy podobnych doświadczeń innych ludzi i klasyfikował je jako ich doświadczenia relacji z Bogiem, jednak były to w rzeczywistości opisy podobnych do moich zwykłych procesów fizycznych. Moje świadectwo, że doznaje pewności istnienia Boga, będzie zatem bardzo interesujące jako opis tego, co dzieje się w moim mózgu, jednak zupełnie nieznaczące w perspektywie epistemologicznej.
Czy nawet sama możliwość takiego widzenia moich osobistych przekonań, oparta przecież o zdobycze nauki, nie skłania mnie do zaniechania drogi poznawania rzeczywistości przez badanie mojego wnętrza, mojego światopoglądu?
Zdecydowanie nie. Czy oznacza to, że nie uznaję zdobyczy współczesnej nauki? Kwestionuję fizykę, chemię, teorię ewolucji, neurologię? Nie. Uważam, że wielu ludzi (naukowców) rzetelnie opisywało swoje obserwacje dokonywane podczas badań czy eksperymentów. Uważam również, że powstały teorie, które z bardzo dobrym przybliżeniem wyniki owych badań i eksperymentów systematyzują, oraz są w stanie przewidywać jakich obserwacji dokona naukowiec, który przeprowadzi pewne określone badania czy eksperymenty. Z pewnością fizyka, chemia, neurologia w sposób bardzo skuteczny opisują przestrzeń moich obserwacji. Teoria ewolucji jest zaś modelem, który odpowiada na wiele pytań dotyczących obserwowanych prze mnie zwierząt czy nawet mojego własnego ciała. Wszystko to jednak nie skłania mnie do tez natury ontologicznej. Tym co jest mi dane bezpośrednio pozostają nadal jedynie moje postrzeżenia, emocje, uczucia, myśli oraz pamięć. Tezę, że istnieją tylko one nazwę wewnętrzną hipotezą ontologiczną. Poznanie tego, że są to wszystko procesy zachodzące w moim mózgu składające się z wielkiej ilości oddziaływań między cząstkami elementarnymi, nie jest mi dane w moim bezpośrednim doświadczeniu. A zatem to fizykalistyczne ujęcie może być tylko i wyłącznie modelem, który służy mi do porządkowania i przewidywania tego co doświadczam. Modelem, który na dziś dzień jest zbudowany na dualizmie falowo-korpuskularnym, który, według mnie głównie na skutek tz. skoków kwantowych, nie stanowi filozoficznie spójnej koncepcji. Powoduje to, że nie wiadomo jakim dokładnie bytem miałby być foton, czy jakakolwiek cząstka elementarna. Skoro nie rozumiem czym miałyby być niezależne od mojej świadomości, obiektywnie istniejące cząstki elementarne, nie rozumiem również konsekwentnie czym miałby być niezależny od mojej świadomości, obiektywnie istniejący mózg, który ma być niczym więcej niż pewnym układem wielkiej ilości tych cząstek. Skoro zaś nie rozumiem, to nie mogę postulować jego istnienia. Samo zauważenie przydatności modelu nie wystarcza przecież do uznania rzeczywistego istnienia poszczególnych jego elementów składowych. W świetle tego zasada ignorowania własnego bardzo silnego poczucia poznania pewnych prawd, w moim przypadku poznania, że Bóg istnieje, na podstawie tylko tego, że są za nie odpowiedzialne pewne procesy w mózgu, wydaje się niezbyt rozsądna. Przecież gdybym nagle uznał, że foton istnieje obiektywnie, musiałbym się również powołać na jakieś silne wewnętrzne poczucie, które kazałoby mi o nim myśleć już nie jako o pewnym elemencie modelu pozwalającego przewidywać mi moje obserwacje, a o rzeczywiście istniejącym bycie. Wtedy również, popadając w błędne koło, ktoś mógłby zarzucić mi, że taki pomysł to wyłącznie suma pewnych oddziaływań cząstek elementarnych w moim mózgu – a więc jest pozbawiony wartości epistemologicznej.
W zamierzeniu Pracownia ma służyć pomocą każdemu uczciwemu myślicielowi w odkryciu Boga. Czy w ogóle wyobrażam sobie taki proces? Mam raczej pewną nadzieję, że podążając w pewnym kierunku uczciwy myśliciel jest w stanie dotrzeć do prawdy o istnieniu Boga. Mówię tutaj rzecz jasna o myślicielach, którzy w momencie wyjściowym prawdy tej nie uznają. Po pierwsze muszę zaznaczyć, że wyobrażam sobie takiego myśliciela jako oszukanego przez propagandę fizykalizmu i zbytniego formalizmu. Choć źródłem braku poznania istnienia Boga, lub tylko nie przyznawania się do tego poznania, zawsze jest grzech, to jednak niektóre konstrukcje logiczne są w stanie dodatkowo utrudniać wyjście z problemu. Na pewno w ostatecznym rozrachunku musi dojść do usunięcia grzechu. Wierzę jednak w pewną użyteczność drogi, którą poniżej naszkicuję. Zastrzegam się od razu, że wszystko to ma raczej charakter moich życzeń i pragnień – i na pewno nie będzie nigdy stanowić metody uniwersalnej, a jedynie być może pożytecznej dla niektórych . Nie chodzi tutaj również o zbudowanie wiary w człowieku, to bowiem nie jest w mocy Pracowni – chodzi jedynie o pomoc w jej odnalezieniu.
Wszystko musi zacząć się od uczciwego zdania sobie sprawy z tego, co wie się na pewno. Należy dostrzec z jaką mocą jawi nam się istnienie naszych postrzeżeń, emocji, uczuć, myśli czy naszej pamięci. Jak bardzo różne są one od bytów, których się tylko spodziewamy, fotonów, elektronów, ale również i kubka, na którego akurat nie patrzymy. Należy wyrobić sobie coś co nazwałem wewnętrzną hipotezą ontologiczną – czyli stanowisko, że istnieje tylko świat naszych postrzeżeń, emocji, uczuć, sądów, myśli, pamięci. Jest to według mnie potrzebne, aby zdystansować się od ontologii fizykalistycznej, w której człowiek jest jedynie systemem cząstek elementarnych. Ontologia fizykalistyczna, co zostało już wspomniane, jest w zasadzie jedynie teoretyczną ontologią pewnego modelu, jednak przez część myślicieli postrzegana jest jako ontologia realna. Następnie należy dostrzec, że wewnętrzna hipoteza ontologiczna budzi w nas w dalszym ciągu duży niepokój. Uznajemy bowiem, że istniejemy my, uznajemy również, że istnieją inne osoby. W tym miejscu istnieje pewne napięcie pomiędzy rzeczywistością, a wewnętrzną hipotezą ontologiczną. Można oczywiście próbować trwać przy niej i ignorować owo napięcie konstruując teorię świata wewnętrznego bez żadnej osoby, która by go przeżywała. Można nawet obstawać przy stanowisku zupełnie statycznego świata wewnętrznego. Uczciwy myśliciel nie powinien jednak takiego napięcia ignorować, a szukać elementów świata wewnętrznego, które powodują pewność własnego osobowego istnienia i osobowego istnienia innych osób, a następnie poddać je analizie. Dalszym krokiem będzie pewnie zauważenie, że przeżywanie relacji osobowych, choć odbywa się dla każdego w jego świecie wewnętrznym niesie ze sobą rzeczywistą informację na temat tego, że istnieje ta druga osoba, która również w swoim świecie wewnętrznym przeżywa swoją relację ze mną. Informacja ta zostaje jak gdyby zaszczepiona w świat wewnętrzny i staje się jego elementem, dającym epistemologicznie istotny impuls do uznania osobowego istnienia drugiego człowieka, ale także własnego osobowego istnienia. Będzie to stanowić ważną modyfikację wewnętrznej hipotezy ontologicznej. W tym miejscu powinno nastąpić poznanie natstępującej, najgłębszej prawdy o rzeczywistości. Rzeczywistość ma charakter osobowy. To osoby, a nie cząstki elementarne są podstawowymi niepodzielnymi substancjami na których rzeczywistość jest osadzona. To osoby i skoordynowane ze sobą światy ich doświadczeń tworzą naszą rzeczywistość. Rzeczywistość w samych swych podstawach nie ma natury falowo-korpuskularnej a osobowo-relacyjną. W takim nastawieniu człowiek, o ile grzech nie osłabia jego władz poznawczych, jest gotowy na zrozumienie i przyjęcie tezy o istnieniu Boga, musi tylko odkryć w sobie jakiś podstawowy zalążek tej prawdy. Dalsza droga od prostej intuicji istnienia Boga do bardziej pełnego Jego poznania prowadzi przez Kościół.
Michał Stanisław Wójcik, 2 czerwca 2009