Dochodzenie Prawdy to ustalanie tego, jak się rzeczy mają. Mówienie Prawdy to wygłaszanie sądów zgodnych z rzeczywistością. Jeżeli zadaję sobie pytanie: "Czy istnieje Bóg, dokładnie taki jak naucza Kościół katolicki?" obchodzi mnie tylko prawdziwa odpowiedź - odpowiedź zgodna z rzeczywistością. Odpowiedzi na to pytanie możliwe są dwie: "tak", albo "nie". Ktoś mógłby powiedzieć, abym rzucił monetą, jeśli wypadnie orzeł - odpowiedź jest tak, jeśli reszka - nie. Dlaczego nie godzę się na takie postawienie sprawy, przecież moneta udzieli mi odpowiedzi, a zatem wszystko powinno być dobrze. Uważam jednak, że nie jest. Dlaczego? Ponieważ nie widzę związku pomiędzy odpowiedzią monety a rzeczywistością. Ten związek, mówiąc szczerze, może nawet być, może się przecież zdarzyć, że moneta odpowie zgodnie z rzeczywistością - są wszak możliwe tylko dwie odpowiedzi. Jednak fakt, że związek ten nie jest dla mnie uświadomiony, jest kluczowy.
A zatem nie jest tak, że akceptuję dowolną odpowiedź na pytanie, czy istnieje Bóg, dokładnie taki jak to głosi Kościół katolicki. Możliwe odpowiedzi są zresztą, jak juz zauważyłem, tylko dwie. Wynika stąd ważny wniosek: Abym uznał jakąś odpowiedź za zgodną z rzeczywistością musi być to odpowiedź i coś jeszcze. Sama odpowiedź nie wystarczy.
Mogę zadawać pytanie o istnienie Boga różnym ludziom. Mogę też siebie samego zapytać o to czy istnieje Bóg, dokładnie taki jak naucza Kościół katolicki. Moja odpowiedź brzmi: "tak". Obserwuję również, że ta odpowiedź jest dla mnie satysfakcjonująca, czyli mówiąc inaczej uważam, że jest zgodna z rzeczywistością. Czyli według mnie, różnię się w tym względzie od monety. A zatem muszę dysponować tym "czymś jeszcze" co decyduje, że swoją odpowiedź postrzegam za bardziej sensowną od odpowiedzi monety. Muszę mieć to "coś", co przekonuje mnie o związku mojego sądu z rzeczywistością.
Zatrzymajmy się w tym momencie - w momencie niewiedzy, czym to owo "coś" jest. Może jest to formalny dowód, może doświadczenie empiryczne, a może coś zupełnie innego, coś czego nie mogę w tym momencie precyzyjnie opisać. Dla wygody to "coś" nazwę czynnikiem alpha. Cokolwiek by nie było jednak czynnikiem alpha, musi mieć pewną własność. Mianowicie, gdy już czynnik alpha występuje nie może być żadnych uzasadnionych wątpliwości co do związku powiązanego z nim sądu z rzeczywistością. Gdyby ta wątpliwość jeszcze była, znowu pojawiłoby się uprawnione pytanie o to, jak w takim razie odpowiedź "tak", ma się naprawdę do rzeczywistości. A w takiej sytuacji przecież nie jestem. To co rozumiem przez czynnik alpha jest więc ostatecznym uzasadnieniem prawdziwości sądu, uzasadnieniem od którego nie może być juz żadnego odwołania. Chciałbym w tym miejscu zauważyć, że do analizy czynnika alpha używam rozumu. Nie jest mi znany jakiś inny, nierozumowy sposób analizy.
W moich rozważaniach towarzyszy mi mój przyjaciel ateista, Tomek. Tomek pomaga mi zrozumieć czym jest czynnik alpha. Zapewne nie obrazi się na mnie gdy napiszę, że jego wstępna teza jest następująca: coś takiego, jak opisany powyżej czynnik alpha nie występuje u mnie, przynajmniej jeżeli chodzi o sąd "Istnieje Bóg, dokładnie taki, jak naucza Kościół katolicki". Uznaje moje "coś" za czynnik czysto psychologiczny, któremu ulegam na skutek różnych bardzo skomplikowanych zależności psychicznych, takich jak: wychowanie w określonym środowisku, presja otoczenia, przyjemność czerpana z przyjęcia prawdziwości rzeczonego sądu, komfort psychiczny polegający na pozornym poznaniu odpowiedzi na wiele ważnych pytań egzystencjalnych itp.
Uważam tą tezę Tomka za fałszywą.
Zastanówmy się na chwilę, dlaczego tezę Tomka muszę uznać za fałszywą? Czy nie może być tak, że i on i ja mamy rację. Czy nie może być tak, że ja doznaję czynnika alpha, który jest, tak jak to opisuje Tomek, czynnikiem czysto psychologicznym. Wydaje się, że stałoby to w sprzeczności z moim osobistym doświadczeniem. Załóżmy na chwilę, że czynnik alpha jest rzeczywiście czynnikiem czysto psychologicznym. Tomek pokazuje mi wtedy głęboko wierzącego wyznawcę islamu, który również, analogicznie do mnie, ma zupełną pewności prawdziwości sądu: "Istnieje Bóg, dokładnie taki jak naucza Islam." Według tezy Tomka muzułmanin ten podlega analogicznym zjawiskom psychicznym jak ja. Musiałbym więc dopuścić możliwość, że w tej sytuacji ów muzułmanin doświadcza czynnika alpha, czyli że w konsekwencji jego sąd jest prawdziwy. Jednak jego sąd przeczy mojemu, a zatem w tej sytuacji, ja nie mógłbym doznawać czynnika alpha.
Innymi słowy, gdyby czynnik alpha miał postać wyłącznie taką jak Tomek sugeruje, nie mógłby upewniać mnie o zgodności sądu z rzeczywistością, bo można by było wskazać takie sytuacje, w których czynnik alpha występuje, a sąd w sposób oczywisty z rzeczywistością nie jest zgodny. Konsekwentnie w obecności czynnika alpha musiałbym mieć dalsze wątpliwości co do prawdziwości sądu. Nie byłby on wtedy po prostu czynnikiem alpha, tak jak ja go rozumiem. Wobec tego, że uważam niezmiennie, że moja odpowiedź "tak", na pytanie "Czy istnieje Bóg, dokładnie taki jaki, jak naucza Kościół katolicki" jest zgodna z rzeczywistością, muszę uznać, że czynnik alpha nie sprowadza się wyłącznie do zjawisk czysto psychologicznych, tak jak to rozumie Tomek.
Pozostańmy dalej w miejscu w którym nie wiemy, czym dokładnie może być czynnik alpha. Wiemy o nim jedynie tyle, że jeżeli występuje, zgodność danego sądu z rzeczywistością jest niepowątpiewalna. Wiemy również to, iż ja utrzymuję, że coś takiego muszę doświadczać. Przeanalizujmy pokrótce, będąc ciągle na tym etapie, możliwość przekonania Tomka, że ateizm jest fałszywy. Chyba nic nie da tutaj moje powołanie się na ów tajemniczy czynnik alpha, bo choć ja mogę być co do niego przekonany, to Tomek musiałby najpierw stwierdzić, że sąd: "Michał doświadcza czynnika alpha, jeżeli chodzi o stwierdzenie, że istnieje Bóg dokładnie taki, jak naucza Kościół katolicki." jest zgodny z rzeczywistością. Jak miałby to zrobić, na tym etapie rozważań nie wiemy. Mógłbym jednak zaproponować Tomkowi coś co spowoduje, że on sam doświadczy czynnika alpha. Przykładowo w sytuacji gdyby czynnik alpha był formalnym dowodem, mógłbym Tomkowi ten dowód zademonstrować, w sytuacji gdyby czynnik alpha był jakimś doświadczeniem empirycznym, mógłbym zaproponować mu wykonanie tego doświadczenia. Jesteśmy jednak w momencie w którym nie wiemy, czym dokładnie jest czynnik alpha. Pozostaje mi chyba jedynie zaproponować Tomkowi coś czego przeżycie, może sprawić doświadczenie czynnika alpha - bez wstępnej wiedzy czym ów czynnik jest.
Czy taka propozycja jest dopuszczalna? Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie musimy rozważyć je z dwóch punktów widzenia, z mojego i z Tomka. Załóżmy, że proponuję Tomkowi następująca "receptę" na doświadczenie czynnika alpha: Zawieś na jakiś czas niewiarę, pomyśl sobie, że Bóg istnieje, że możesz wejść z nim w relację, postaraj się następnie wejść w tą relację i praktykować naukę Kościoła katolickiego. Gdyby moja "recepta" faktycznie była skuteczna mógłbym uznać, że wszystko jest w porządku. Tomek po pewnym czasie doświadczy czynnika alpha, dzięki czemu prawdziwość sądu "Istnieje Bóg dokładnie taki, jak naucza Kościół katolicki" będzie dla niego, w sposób jak najbardziej uprawniony, niepowątpiewalna. Z mojego punktu widzenia będzie to jego jak najbardziej uzasadniona postawa filozoficzna. Po doświadczeniu czynnika alpha nie sposób przecież nie uznać sądu za prawdziwy. Jednak z punktu widzenia mojego przyjaciela ateisty sytuacja wygląda inaczej. Przypomnijmy sobie, że on wstępnie zakłada tezę, że coś takiego, jak opisany powyżej czynnik alpha, nie występuje u mnie, przynajmniej jeżeli chodzi o sąd "Istnieje Bóg, dokładnie taki, jak naucza Kościół katolicki". Gdyby nawet zachował neutralność wobec tej tezy, to w dalszym ciągu może nie mieć żadnej pewności, że sąd "Michał doświadcza czynnika alpha, jeżeli chodzi o stwierdzenie, że istnieje Bóg dokładnie taki, jak naucza Kościół katolicki" jest zgodny z rzeczywistością. Konsekwentnie więc, może obawiać się, że po wykonaniu mojej "recepty" będzie faktycznie mówił i uważał to samo co ja, ale nie musi to nawet w najmniejszym stopniu świadczyć o istnieniu Boga. Przecież żadnego czynnika alpha, jeśli chodzi o ten sąd, może nie być. Mogą zajść istotnie jakieś czynniki, które sprawią, że zacznie odpowiadać "tak" na postawione pytanie "Czy istnieje Bóg, dokładnie taki jak naucza Kościół katolicki?", ale będą to zwykłe czynniki psychologiczne. A więc co to będzie miało wspólnego z tym jaka rzeczywistość jest naprawdę? Oczywiście Tomek nie musi zupełnie odrzucać możliwości, że doznałby faktycznego czynnika alpha, ale ponieważ nie jest do tego przekonany, a moja "recepta" łączy się z dużym wysiłkiem, a równocześnie pewnym ryzykiem, woli więc niej nie korzystać.
Jaka jest zatem odpowiedź na postawiony problem? Czy mogę zaaplikować Tomkowi moją "receptę"? Czy Tomek jako uczciwy człowiek, dla którego Prawda jest najważniejsza, może na to przystać, a może ma obowiązek?
W pewnym sensie mamy swoistego rodzaju filozoficzny impas. Ja - gdybym tylko był przekonany co do skuteczności mojej recepty, mógłbym ją chyba, w zgodzie z własnym sumieniem, Tomkowi polecić. Tomek - ma chyba prawo, pozostając w zgodzie z własnymi poglądami, odmówić wykonania tej "recepty".
Jak przełamać ów impas? Wydaje się, że należy ruszyć się z miejsca w którym zatrzymaliśmy nasz wywód i zacząć dokładniej analizować czynnik alpha. Mogę w tym działaniu liczyć na mojego przyjaciela Tomka, nasze cele są zbieżne. Ja chcę go przekonać o tym, że sąd "Istnieje Bóg dokładnie taki, jak naucza Kościół katolicki" jest zgodny z rzeczywistością. Tomek chce przekonać mnie, że tak nie jest. Analiza mojego czynnika alpha daje każdemu z nas szansę na osiągnięcie celu. Obaj zaś chcemy, aby okazało się to co jest Prawdą.
Michał Stanisław Wójcik, 3 kwietnia 2007.